poniedziałek, 22 lutego 2016

misery = const.

Ostatnio mam problem z definicja własnych odczuć. Tak odczuć, uczuć posiadam mało wiec znam je na wylot. Chyba znowu mam skrajnie zaburzone poczucie bezpieczeństwa, czyli to co cale życie próbuje budować.
Spotykam się z kimś, kto być może mógłby zbudować mi jego namiastkę, jednak jeśli chodzi o mężczyzn to dopóki nie wzbudzają we mnie skoku adrenaliny, wszystko wydaje się być takie płaskie.
Dodatkowo nie czuje się przez ostatnie kilka miesięcy komfortowo w moim ciele, co nie znaczy ze nie czerpie satysfakcji z seksu. Tak źle jeszcze nie jest, może poza tym ze czerpie ja z seksu nie z nim... ups! wydało się. Nie ograniczam się od samego początku. Znam go trzy tygodnie ale juz po pierwszym razie razem musialam poprawic z kims innym ( w ubieglym tygodniu sypialam tylko z nim-Brawo ja!). Po pierwszym tygodniu znajomosci bylam na dluzszym weekendzie w Porto z kolega Szymonem, a piekne miejsca podnosza moje i tak juz wysokie na co dzien libido, do tego zielone wino i zafundowałam mu w lozku takie atracje, ze gdybym chciala jestem przekonana ze w nastepnym tygodniu moglabym juz miec pierscionek na reku, btw. jego penis byl niemozliwie okazaly jak na polskie realia. Zeby nie bylo, mimo ze wiedzialam ze strasznie mu sie podobam chcialam, zeby to byl kolezenski wypad specjalnie szukalam apartamentow z dwoma lozkami, no  coz drugie sie nie przydalo. Plus, chcialam zasmakowac jakiejs miejscowej ludnosci, pozniej juz tak jakos nie mialam smialosci, ale chlopak dal rade, bynajmniej za pierwszym razem, pozniej juz sie tak nie upilam. Tak wiec wracajac do tematu, taka jestem, uwazam ze orgazm mi sie nalezy jak psu buda. Czasami myslac o tym tesknie za moim ostanim dlugim zwiazkiem i mieszkaniem razem, najwiekszym plusem bylo to ze oboje mielismy pierdolca na punkcie seksu i nie mielismy zadnych ograniczen. Pamietam jak pisalam prace dyplomowa a moj owczesny chlopak potrafil z najseksowniejszym rodzajem brutalnosci sciagnac mnie z krzesla i kazac kleczec przy lozku. Jedyne czego wtedy jeszcze nie robilam to polykanie. Teraz nie mam zielonego pojecia czemu mialam z tym taki problem. Za to dobrze pamietam dzieki komu juz ich nie mam. Rozmarzylam sie....
Ale chcąc być szczera, co w życiu realnym zdarza mi się niezmiernie rzadko, żebym miała dobry seks, ostatnimi czasy facet na początku musi być agresywny i napierać jak napalony nastolatek. Co prawda później musi z wersji nastoletniej zrezygnować bo dojście poniżej 15 minut jest po prostu dla mnie obraźliwe... koncze jestem w pracy, zamowilam nowy wibrtor- klasyka stylu dlugi, gladki, srebrny i oczywiscie wodoodporny.

wtorek, 16 lutego 2016

Zmarl Krol, niech zyje Krol

Dużo się zmieniło od czasu poprzedniej notki.
Ja zmieniłam się wręcz nie do poznania, czasami się zastanawiam czy ja z przed 5 lat chciałabym choćby wpaść na ulicy na teraźniejsza siebie. 
Chyba mam problem. Z alkoholem, z lekami, z seksem i ludźmi, ale z narkotykami mam spokój, już. Od jakiego miesiąca, chyba nawet dwóch upijam sie. Jakby powiedział Bukowski, kiedy jestem nieszczęśliwa pije z rozpaczy, kiedy jestem szczęśliwa pije, żeby to uczcić, a najczęściej pije żeby coś się zadziało (parafraza w chuj!). Widać ze pisze to na totalnym kacu w pracy.... 
Wczoraj znowu przeczytałam parę ulubionych fragmentów "Kobiet" [Bukowskiego], pomyślałam, ze powinniśmy brać te same leki i ze facetów przyciąga do mnie mój mrok, tak jak jego mrok przyciągał do niego te tabuny kobiet. Później obejrzałam film, oczywiście nie sama, rzadko oglądam filmy sama. Wypiłam chyba 1.5 butelki białego wina, również nie sama, choć to robię sama bardzo często. Później przespałam się z tym kimś kto towarzyszył mi przy winie i filmie. (I kto przyniósł do łózka druga butelkę wina, co we Francji nie jest takie proste do zrobienia, bo nie ma tu całodobowych monopolowych a ja wypijam każdy możliwy zapas wina.) W zasadzie dałam się przelecieć. Bo ja już nie czuje nic. Podnieca mnie wciąż wiele rzeczy, ale mało kto potrafi mnie tak naprawdę zaspokoić... Chociaż zdarzają się takie osobniki, z którymi pewnie do końca świata będę otrzymywała kontakt. Ogółem seks bardzo często jest dla mnie, jak ziewanie, mam ochotę to ziewam ale nic mi to nie daje, mogę w tym samym czasie czytać gazetę.

Mam wszystko czego myślałam, ze potrzebuje do szczęścia. Mam prace, o której nawet nie śmiałabym myśleć 2-3 lata temu. Śliczne wysokie mieszkanie w kamienicy z dużymi oknami, w którym wypaliłam tysiące świeczek w rożnych intencjach. Stare ale ukochane auto, które uwielbiam i  które mogę wymienić, ale po prostu nie chce. Trochę oszczędności na koncie. Torebki LV, najnowszego Maca, iPhona, tony ciuchów, biżuterii. Mam powodzenie, w pracy, w barach i ogólnie wszędzie gdzie tego zechce. Mam cudowna rodzinę, co prawda 3000 km stąd, ale najważniejsze . Mam Mamęktóra mnie kocha, wspiera, rozumie i jest moja przyjaciółką  (w razie potrzeby jest w stanie wziąć L4 i przylecieć z nowymi antydepresantami, o czym przekonam się w zeszłym miesiącu). Mam ojczyma, który kocha mnie jak swoje własne pierworodne dziecko i jestem przekonana, ze oddałby mi obie nerki w razie potrzeby. Mam trojkę najwspanialszego rodzeństwa, za które dałabym się pokroić w cienkie plasterki. Tęsknię za nimi codziennie, mimo świadomości ze po dwóch dniach w domu wszyscy chwielibyśmy się nawzajem roznieść w gwiezdny pył, ale to właśnie Ci ludzie sa moimi ulubionymi ludzmi. Mam kilka numerow w telefonie, których nie używam ale wiem, ze mogłabym pod nie zadzwonić o każdej porze i liczyć na wsparcie. 
Nie mam tylko uczuć do innych ludzi, tych których pozawalam będąc już względnie dorosła i niezależna, nie licząc z rzadka przejawiające się niechęci, moje życie utwierdza mnie w przekonaniu ze poza rodzina wszyscy ludzie na świecie wymienialni, ze nie ma kogoś bez kogo nie da się żyć. "Zmarł Król, niech żyje Król". Nie cierpiałabym ani sekundy z powodu straty kogokolwiek, kogo poznałam będąc na tym etapie życia, na którym jestem (Tak mam przyjaciół, którym jestem oddana nawet jeśli nie rozmawiamy 3 miesiące, ale to nie o nich- ich poznałam wcześniej) . Tego chyba właśnie chciałam, żeby nikt się dla mnie nie liczył. Wiec, czemu jestem nieszczęśliwa, czemu nie umiem jak kiedyś zakochać się trzy razy w tygodniu? Może wyczerpałam jakiś pieprzony limit, tak jak z seksem po trzydziestym partnerze jak ktoś nie przerobi z Toba pierwszych dwóch rozdziałów Kamasutry przed jego pierwszym dojściem to nawet nie myślę o seksie w trakcie. Może rzeczywiście ludzi potrzebują tej romantycznej wersji miłości w życiu. Chociaż w zasadzie mija mi kac i moje życie znowu zaczyna mi się podobać ! ... ale tak chce się zakochać, spróbuję! tylko jeszcze nie przez najbliższe kilka lat.

czwartek, 2 maja 2013

Dlaczego? Po co? i w ogóle!

Chcę pisać.
Nie chcę gnić od wewnątrz, z racji nie możności uzewnętrznienia myśli i pomysłów.
Nie chcę być sama, ale jestem. Może nie trafiłam w moim małym świecie na ludzi, z którymi mogłabym się tym dzielić tak jak chcę, a może zbyt mocno zminimalizowałam mój świat i uszczelniłam, przed wpływem innych. Może. Nie wiem nie jestem jedną z tych zdecydowanych. Może właśnie dlatego chce pisać, bo post można usunąć słów wypowiedzianych nie da się cofnąć.
Chciałam kiedys pisac o modzie, ale to takie nudne, razem z zakonczeniem liceum skoczyla sie u mnie chec przypodobania sie innym; Bede pisala o sobie, dobrze jest czasem zwymiotować emocje gdziekolwiek, choćby na wirtualną kartkę papieru, której nawet nie da się porwać. Choć lepsze to niż wymaganie od siebie bycia kimś kim się nie jest, albo od innych żeby ze swojego życiowego koszyczka dali mi coś czego nie mają.

Będąc sobie jaką jestem i żyjąc sobie jak mi się udaję nie osiągnęłam za wiele. Poszłam na studia, na które iść nie chciałam, byłam z ludźmi, z którymi przy zdrowych zmysłach nigdy bym nie była. Ogółem wszystko kopnęło (kopnęła, kopnął, kopnęli) mnie sam środek wrażliwości, którą trzeba teraz starannie ukrywać i wyciągać raz na jakiś czas w domu pocieszyć się nią raz na sto lat kiedy już się tam jest i znowu zakopać. Dlatego na co dzień trzeba bardzo, bardzo mocno i starannie pracować nad powierzchownością. Przydaje się do tego pewność przy podejmowaniu decyzji, albo kreatywne myślenie i w miarę ogarnięta znajomość wszyskiego co "Si".
A więc wmawiam sobie od czasu do czasu że kocham te trendy, to całe Si i skupiam się chociaż na tym  (wydaje wtedy zazwyczaj duzo pieniedzy w ktorymi czasie i przechodzi mi chwilowy brak checi zycia). A wszystko się zaczęło mniej więcej wtedy kiedy wszyscy chcieli być bardziej amerykańscy niż wszyscy Amerykanie razem wzięci i zaczęli zaprzeczać samym sobie, namiętnie powtarzając swoją hymny na cześć swojej indywidualnej masowość. Wtedy to właśnie 9/10 zaczęło przekonywać siebie i cały świat o swoim hipsterstwie, które najczęściej przypomina t-shirt haemowski- wzór niby '100% hipster' ale po tygodniu ma ją nawet Pani Krysia z ZUSu na grilu u sąsiadów.

tak czy siak. zaczyna z blogiem od nowa czesc tej starej jedynej notki ktora gdzies znalazlam zostawiam tu ;)